poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Rozdział VII: Początek końca

Inspiracja: Youth

     Ostatnie dwa tygodnia sierpnia mijały w błyskawicznym tempie. Dla Syriusza były one pełne pracy w Zakonie, ale i także radości, bowiem Harry i dzieci państwa Weasley'ów przybyli już dnia osiemnastego ze względu bezpieczeństwa i na prośbę samego Blacka, który mimo brakującego czasu stwierdził, że z Grimmlaud Place będzie bliżej na peron 9 i ¾. Jednak był warunek, aby nikt z młodych czarodziejów nie przeszkadzał w pracy członkom organizacji. I tak oczywiście było: Harry, Ron, Hermiona i Ginny większość czasu spędzali w pokoju na rozmowach i próbowaniu nowych gadżetów ze sklepu bliźniaków, Freda i Georga. Łapa kilka razy w ciągu dnia zaglądał do nich, aby nie czuli się źle. Jednak od paru dni już go nie widywali przez wiele zleceń dla Zakonu. Zaczęli się ze względu braku odwiedzin Syriusza już doszczętnie nudzić. U państwa Weasley zawsze mogli porobić cokolwiek na świeżym powietrzu lub najzwyczajniej w świecie poruszać się swobodnie po mieszkaniu. Na Grimmlaud Place 12 takie możliwości nie istniały lub zostały po prostu ograniczone do minimalnych rozmiarów. Ani trochę nie cieszyło to całej czwórki, ale świadomość, że w samej kwaterze głównej są bezpieczni razem z bliskimi, napawała ich szczęściem i pewną ulgą, jeśli oczywiście w tych czasach jeszcze takie określenie istniało.
     W końcu nastał dzień, w którym gryfoni mogli choć trochę się rozerwać. Wyruszyli razem z państwem Weasley na ulicę Pokątną by dokonać zakupu nowych podręczników szkolnych i innych potrzebnych przyborów. Dodatkową ochroną okazał się Rebeus Hagrid, który chętnie przystał na to. Od czerwca Potter nie widział swojego przyjaciela z Hogwartu i był rad, że mógł z nim właśnie porozmawiać. A nastała na to okazja, gdy wkraczali na ulicę Pokątną, która wyglądała prawie jak zazwyczaj... No tak, prawie. Wiele sklepów było zabitych deskami i obwieszonymi plakatami z ministerstwa magii, które mówiły głównie o zasadach bezpieczeństwa. W dodatku było mało czarodziejów, a ci zachowywali się niezbyt spokojni.
     Harry westchnął cicho. To już nie była ta sama ulica, na którą pierwszy raz wszedł w wieku jedenastu lat. Podniósł wzrok na gajowego Hogwartu, który ze smutkiem obserwował go dłuższą chwilę.
     — Wiele się pozmieniało, cholibka... — powiedział cicho. — Nastały mroczne czasy, których od kilkunastu lat nie było. — Hagrid zauważył jak okularnik powoli kiwa twierdząco głową. — Powiem ci coś w sekrecie, Harry... — mówiąc to, zniżył głos tak, że Potter musiał znacznie wytężyć słuch. — Boje się tego, co się może niedługo wydarzyć. Nie wiem jeszcze co, ale mam złe przeczucia.
     Chłopak nic nie odpowiedział, nadal idąc przed siebie. On także się bał – o rodzinę, przyjaciół, a nawet Dumbledore'a. Cały czas miał przed oczami poczerniałą dłoń dyrektora Hogwartu. A jego przyjaciele? No właśnie,  p r z y j a c i e l e. Śmierciożercy chętnie, by im zrobili krzywdę za sam fakt, że są dla Harry'ego ważni. I Syriusz... W tym momencie poczuł rozchodzący się dreszcz na całym ciele. Łapa był jeszcze bardziej zagrożony niż Ron i Hermiona. Ci będą w końcu w Hogwarcie, gdzie dyrektorem jest czarodziej, którego się Voldemort boi, a jego ojciec chrzestny? Odzyskał publicznie dobre imię, działa w Zakonie Feniksa, wyrusza na misje... Syriusz mógł się już wielokrotnie otrzeć o śmierć i nie wspomnieć ani razu o tym. A tak naprawdę nigdy nic nie mówił o nich. Nie wiedział, czy musi milczeć czy po prostu nie chce swojego chrześniaka martwić. Jednak Harry musiał przyznać przed samym sobą, że czuł strach. Bał się tak samo jak Hagrid, a może nawet bardziej.

~***~

     Black wszedł pół przytomny do kwatery głównej. Opadał z sił i nie miał zamiaru jeszcze tego dnia się gdziekolwiek wybierać.
     Nie zamieniając z nikim słowa poszedł na górę do swojego pokoju. Zatrzasnął za sobą drzwi i natychmiast rzucił się na łóżko marząc, by szybko zasnąć i już się nie budzić w tych strasznych czasach, gdzie śmierciożercy mordują niewinnych ludzi... Miał powoli dość widoku martwych rodzin od zaklęć niewybaczalnych. Dziś rano po raz kolejny przeszukiwał dom zamordowanych z nadzieją, że odnajdzie jakieś ślady, wskazówki, cokolwiek... Niestety jedyne co zastał to martwą brunetkę, jej męża oraz w innym pomieszczeniu dwie małe dziewczynki, które z pewnością są ich dziećmi, a raczej były. No i oczywiście zaszczycił swoją obecnością na kilka sekund uciekający śmierciożerca. Jednak nim Black zdążył zareagować ten teleportował się, zostawiając obitego huncwota na podłodze.
     Syriusz bał się każdego dnia otworzyć oczy, bo mógł to być ostatni raz lub też usłyszałby o śmierci kogoś z jego bliskich. Chciał, aby rządy Voldemorta się zakończyły, ale to był tylko początek końca. Czego? Tego, co właśnie przeminęło, czyli pokój, szczęście i bezpieczeństwo. Teraz był tylko strach i wojna. Ile to wszystko jeszcze miało potrwać?
     Przewrócił się na drugi bok, nie myśląc już o niczym innym. Czuł jak powieki robią się coraz cięższe i jak powoli wpadał w błogi sen Morfeusza, gdy zaczął słyszeć kroki, zbliżające się do jego pokoju.
     Po chwili ktoś otworzył głośno drzwi, a Syriusz, nie podnosząc się z łóżka i nie otwierając oczów, zawołał:
     — Kimkolwiek jesteś: wyjdź i zamknij cicho za sobą drzwi z łaski swojej!
     Jednak nic takiego się nie wydarzyło, a niespodziewany gość zaśmiał się cicho. Black zaczął się denerwować. ,, Jak się nie prześpię to zaraz zwariuję...'' – pomyślał, przeklinając cicho niechcianego przybysza i poprawiając się na swoim miejscu spoczynku.
     — Też się cieszę, że cię widzę — odrzekł, podchodząc do Łapy. — Wybacz, ale nie możesz teraz spać. Hagrid, który jest dodatkową ochroną na ulicy Pokątnej musi wracać do Hogwartu, a nikt inny nie jest wolny, prócz ciebie oczywiście. — Ostatnie słowa podkreślił, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
     — Luniaczku, nie wkurzaj mnie nawet. Ty idź za mnie, a ja może w końcu od kilku dni prześpię się — mówiąc to, spojrzał na Lupina, który nie miał zamiaru się poddać prośbami przyjaciela. Syriuszowi zrobiło się momentalnie trochę głupio, ponieważ ujrzał, że on także jest wyczerpany misjami i poczuł wyrzuty sumienia. Nie mógł myśleć tylko o sobie. To było egoistyczne zachowanie.
     — Przepraszam. Sam potrzebujesz spoczynku, a może bardziej niż ja. — powiedział ze współczuciem, przyglądając się dokładniej przyjacielowi, a raczej jego bliznom na szyi, które nosił od feralnego dnia w ministerstwie.
     — Wybaczam! — zaśmiał się, widząc niepokój na twarzy Łapy. — Chętnie bym tam poszedł, ale zaraz wyruszam na następne zadanie. Wpadłem tylko coś zjeść. Kingsley miał ci to powiedzieć, ale uznał, że ja to zrobię lepiej. — Uśmiechnął się, otwierając drzwi i nim przekroczył próg, rzucił przez ramię: — Pośpiesz się.
     Black westchnął ciężko i usiadł. Mimo ogromnego zmęczenia chciał chronić chrześniaka i jego przyjaciół. A dodatkowo odciążyć z obowiązków Lunatyka. Nim zdążył wstać, ujrzał na krótką chwilę wychyloną głowę przyjaciela w drzwiach.
     — A, i jeszcze jedno. Zrób porządek ze swoją twarzą.
     Uśmiechnął się z otuchą i momentalnie zniknął. Syriusz zmarszczył brwi, dotykając swojej twarzy, na której wciąż była zaschnięta krew z porannej wizyty u zamordowanej rodziny. Udał się pośpiesznie do łazienki i spojrzał w lustro – wyglądał okropnie. Jego twarz miała ogromnie widoczne ślady zmęczenia, siniaka pod lewym okiem i krew z niewielkiej rany z czoła i wargi. Nie dysponował czasem na doprowadzanie się do porządku, więc obmył się pośpiesznie, pozbywając się krwi, i zszedł na dół.
     Gdy przekroczył próg kuchni, ujrzał kilku członków Zakonu, jedzących skąpy posiłek. Niektórzy mijali z prędkością błyskawicy Blacka, udając się do wyjścia lub z zamiarem posilenia się. Wszyscy byli przemęczeni i teraz rozumiał, dlaczego Harry i reszta jego przyjaciół miała nie przeszkadzać nikomu i nie włóczyć się po domu. Zdecydowanie rzadko tu bywał przez ostatni czas, by dostrzec co się dokładnie dzieje. Kiedy tu jednak już był, w biegu jadł i odwiedzał gryfonów na górze, a od czasu do czasu po drodze rozmawiał z kimś krótko o jego następnym zadaniu lub po prostu relacjonował je. Można powiedzieć, że żył w nieustannym biegu. Żałował jednak, że akurat dzisiaj miał wyjść w publiczne miejsce. Tak źle wyglądał, że wolałby zaszyć się na tydzień w swoim pokoju i nie wychodzić z niego. Mimo tego też cieszył się z jednej strony, ponieważ ostatni raz widział się z chrześniakiem cztery dni temu. Mógł w końcu porozmawiać z nim.
     Ktoś przypadkiem szturchnął Łape i ten natychmiast powrócił do rzeczywistości. Już nie myśląc za wiele, podszedł do blatu i chwycił dwa tosty, popijając szklanką wody. Był w stu procentach pewny, że porządnie schudł przez ostatnie dni.
     Po chwili podszedł do niego Bill Weasley, który wziął ostatniego tosta z dżemem. Uśmiechnął się lekko do Blacka, a ten odwzajemnił uśmiech.
     — Nie ciekawie zacząłeś dzień — stwierdził, przyglądając się jego twarzy. — Powinieneś się przespać.
     Syriusz wywrócił oczami. ,, No co ty nie powiesz...''.
     — Niestety muszę teraz udać się na ulicę Pokątną. Hagrid wraca już do Hogwartu. — Odparł, biorąc ostatni łyk wody i odchodząc. Cieszył się na spotkanie z Harrym, a zarazem miał ochotę do niego nie iść. ,, No to pięknie, Black.'' pomyślał, przeklinając się w duchu.
     — A jak ci dzisiaj poszło? — zawołał Bill, opierając się o blat kuchenny.
     Syriusz posłał mu zrezygnowane spojrzenie i wyszedł. Było jak zawsze, czyli za każdym razem zamordowana rodzina i żadnych śladów po śmierciożercach. Prawie...
     Będąc na zewnątrz teleportował się pod Dziurawy kocioł i wszedł do środka. Lokal był prawie pusty, co wcale Łapy nie dziwiło. Bez słowa minął starego barmana, Toma, i już po chwili znajdował się na prawie opustoszonej ulicy Pokątnej. Nie zastanawiając się nad tym, zaczął iść przed siebie i myśląc, gdzie państwo Weasley z dziećmi mogliby pójść. Nie zajęło mu to dużo czasu. Od razu pomyślał o sklepie Magicznych Dowcipów Weasley'ów. Pani Weasley wczoraj późnym wieczorem wspominała, że odwiedzą Freda i George. Dziękując w duchu, że zapamiętał słowa Molly, uśmiechnął się i przyśpieszył chód.
     Po kilku minutach znalazł się pod sklepem bliźniaków i momentalnie wybuchnął niepochamowanym śmiechem, widząc płonące żółcią napisy na tle ogromnego, fioletowego plakatu:

CZEMU CIĘ MARTWI
SAM-WIESZ-KTO?
ZATROSZCZ SIĘ LEPIEJ
O Q-PY-BLOK --
POWSZECHNE ZATWARDZENIE
ŚCISKAJĄCE SIEDZENIE

     Black wytarł łzy i zaczął się uspokajać. Bawiła go przy tym myśl, co mógłby przypadkowy czarodziej o nim pomyśleć – uniewinniony, mniemany morderca, Syriusz Black, wyglądający jak ostatnie siedem nieszczęść z obitą twarzą, a w dodatku śmiejącym się, co do złudzenia przypominało szczekanie psa. Powstrzymał się od ponownego śmiechu, idąc wolnym chodem do wejścia sklepu. Był dumny, że bliźniacy Weasley'owie są godnymi następcami huncwotów.
     Już miał chwycić za klamkę, gdy drzwi nagle otworzyła zdenerwowana Molly Weasley, która przypadkiem uderzyła nimi Blacka w twarz. Ten cofnął się szybko do tyłu, czując, że będzie do wieczora wyglądać jeszcze gorzej. Z kolei pani Weasley przestraszyła się nagłym widokiem Łapy. Podeszła do niego, nie zważając na jego łzy z bólu.
     — Dobrze, że jesteś! Dzieci zniknęły! — zawołała rozpaczliwie, potrząsając prawe ramię Syriusza. — Nie ma ich w sklepie, więc pomyślałam, że może są przed nim. A teraz...
     — Molly! Po pierwsze, puść moje ramię — odparł, a ta z zaskoczeniem wykonała polecenie. — Dziękuje. Po drugie, jesteś pewna, że ich tam nie ma? Widzę, że w środku jest wiele osób. — Przyjrzał się dokładnie wszystkim, szukając pośród nich kruczoczarne włosy Harry'ego.
     — Nie ma ich tam! Przecież ci mówię! — zawołała spanikowana, ponownie potrząsając ramieniem Łapy. Ten jednak wyrwał się i zaczął rozglądać się wokół siebie, nie zwracając uwagi na oburzenie i narzekania pani Weasley. Po chwili Black zauważył jakby przez moment... idący but? Na dodatek zmierzał z pewnością w ich stronę. Przeniósł z powrotem wzrok na Molly, udając, że ją słucha. Tak naprawdę kątem oka przyglądał się drzwiom wejściowym do sklepu. Nagle same się otworzyły i ujrzał zdziwione twarze czarodziejów ze sklepu jakby... ktoś niewidzialny ich minął! Bingo, Black już wiedział gdzie są. Uśmiechnął się dyskretnie, wpatrując się w swoje buty i spojrzał nagle na pulchną kobietę, która nadal coś mówiła do Syriusza, czy Bóg jeden wie do kogo.
     — Skończyłaś? — przerwał jej, unosząc jedną brew do góry. Widział, że jej usta już miały się ponownie otworzyć, ale Syriusz do tego nie dopuścił. — Pozwól, że sam sprawdzę, czy faktycznie nie ma ich w sklepie, a ty tu poczekaj chwilę. Jeśli się mylę to mogą zaraz się pokazać na ulicy. — Powiedział i nie czekając na odpowiedź, minął oburzoną kobietę, wchodząc do środka. Po drodze zauważył wiele wynalazków bliźniaków i momentalnie pomyślał: ,,Tak, prawdziwi następcy huncwotów.''
     Nie zwracając uwagi na złych klientów, których trącał Black, szedł na przód, szukając zaplecza. Był prawie pewny tego, że tam ich znajdzie i nie minęło wiele czasu, gdy tam się dotarł.
     Ustał przy otwartych drzwiach, nasłuchując rozmowę przyjaciół. Tak jak myślał – wymknęli się pod peleryną-niewidką.
     — Myślicie, że nam uwierzą jak powiemy, że cały czas tu byliśmy? — zapytała Hermiona z obawą.
     — Na szczęście nie mają żadnych dowodów, że opuściliśmy sklep — odparł z ulgą Ron.
     Syriusz uśmiechnął się sam do siebie. Ciekawiło go, ile jeszcze mają zamiar siedzieć spokojnie w tym zapleczu. Jednak odpowiedź sama przyszła, gdy Harry otworzył drzwi i o mały włos nie wrzasnął na widok swojego ojca chrzestnego.
     — Aż tak źle wyglądam? — zapytał z rozbawieniem, ale gryfonom do śmiechu nie było. Zastanawiali się w tym momencie, ile Syriusz podsłuchał pod drzwiami. Harry nie chciał mieć przed nim tajemnic, ale wolał na razie nie wspominać o swoich podejrzeniach co do Malfoy'a.
     Black widząc ich zmieszanie, zaśmiał się głośno. Jego najwyraźniej ta sytuacja bardziej bawiła niż przerażała jak Molly Weasley.
     — No dobra, a teraz na poważnie. I uwaga, mówi wam to doświadczony huncwot! — rzekł z udawaną powagą i pojął dalej, bacznie obserwując każdego po kolei i ściszając głos. — Następnym razem bardziej uważajcie, bo nie tylko ja mogłem zauważyć but Harry'ego i same otwierające się drzwi — uniósł brwi ku górze, puszczając im oczko, a reszta wybuchnęła śmiechem. Poczuli ulgę, bo najwyraźniej Syriusz dopiero musiał przyjść. — A teraz chodźcie, wracamy. Wszyscy sobie włosy rwą przez wasze zniknięcie.
     Nie czekając na ich reakcje, Syriusz ruszył do wyjścia sklepu, gdzie byli tam już państwo Weasley razem z Ginny. Gdy ujrzała Blacka jak wraca z Harrym, Ronem i Hermioną, o mało co nie krzyknęła. Pytanie tutaj nasuwało się tylko jedno – ze złości na Łape czy z niedowierzania? W każdym razie nie owijając w bawełnę, od razu zaczęła zadawać im setki pytań, a Artur Weasley wzruszył tylko ramionami, pokazując Syriuszowi, że także nie rozumie irytacji swojej żony.
     — Mamo, przecież cały czas byliśmy w tym sklepie! — zawołał Ron, patrząc z nadzieją na Syriusza. Ten jednak nie odezwał się słowem, a tylko zmarszczył brwi. W tej chwili młodzi czarodzieje obawiali się najgorszego. Black musiał się odezwać, ponieważ Molly Weasley zauważyła wzrok swojego syna, wędrujący to na nią to na huncwota.
     — Oczywiście, że ich nie było w sklepie, Molly! — powiedział prosto z mostu, a reszta wstrzymała oddech. — Ale w tym momencie, zauważ. Znalazłem ich na zapleczu. Zmęczyli się chodzeniem i oglądaniem dzieł Freda i Georga. — Odparł w zupełnym spokoju, a pani Weasley po chwili namysłu rozpogodziła się. Nie chciała dawać za wygraną, ale też wiedziała, że nie mając żadnych dowodów nic nie wskóra.
     Gdy odwróciła wzrok, Harry mógłby przysiąc, że Łapa puścił oczko całej trójce.

~***~

     Wszelkie nadzieje Blacka na sen, gdy wróci z powrotem na Grimmlaud Place 12, zostały rozwiane. Gdy tylko wszedli do środka kwatery głównej został poinformowany, że za pięć minut odbędzie się narada. Jęknął tylko cicho, co nie uszło uwadze reszty, z którymi właśnie wrócił.
     — Jeśli chcesz to odpocznij. Później przekaże ci co było. — Zaproponował Artur Weasley, kierując się powoli do kuchni. Syriusz jednak nie miał zamiaru omijać żadnych zebrań i odpoczywać, gdy inni byli równie pół żywi jak on sam. Pokiwał przecząco głową, lekko się uśmiechając.
     — Odpocznę w trumnie, jak mówią mugole — zaśmiał się, nie zauważając zmartwionego wyrazu twarzy Harry'ego. 
     Dopiero w tym momencie Potter przyjrzał się swojemu ojcu chrzestnemu: wyraźnie schudł i zbladł, a jego twarz wyglądała jakby się od miesiąca dopraszała snu, już nie wspominając o rozcięciach i siniakach na niej. Westchnął cicho, czując poczucie winy. Wiele razy zastanawiał się dlaczego Syriusz nie miał ani chwili czasu na rozmowę. Często tylko zaglądał do środka w ciągu ostatnich czterech dni. Teraz, widząc stan Syriusza, poczuł ukłucie w sercu. Pragnął, aby Łapa posłuchał pana Weasley'a i odpoczął, jednak wiedział doskonale, że jego ojciec chrzestny jest nieugięty i łatwo się nie poddaje – jeśli w ogóle kiedykolwiek się poddał, pomyślał, przypominając sobie ile przeszedł.
     Wyrwał się z rozmyśleń, widząc, że Syriusz oddala się w kierunku kuchni razem z panem Weasley'em. Nie wiele myśląc, minął wszystkich i chwycił swojego ojca chrzestnego za ramię. Black odwrócił się trochę zaskoczony.
     — Zaraz przyjdę, zajmij mi miejsce — powiedział do Artura po czym zwrócił się do chrześniaka. — Nie, nie powiem nikomu o waszej 'ucieczce', ale nie odpuszczę wam tak łatwo. Zaraz po zebraniu opowiesz mi gdzie byliście, co tam robiliście i dlaczego. Przymknąłem na to oko, ale wiedz, że to było lekkomyślne zachowanie — zrobił na chwilę przerwę, ukazując troskę na twarzy. — Teraz nie jest bezpiecznie, Harry. Nie wiadomo, co by mogło wam się stać. Kryję was tylko dlatego, byście nie mieli wykładu od mamy Rona, a sam wiesz, że by nie odpuściła.
     Ukazał lekki uśmiech, a Harry go odwzajemnił. Rozumiał o co chodzi Syriuszowi i skarcił się w duchu, że kolejny raz ryzykował. Nie powiedziałby tego Łapie, ponieważ znał jego odpowiedź – że jest jak jego ojciec, James, który wiecznie ryzykował i pakował się w kłopoty. Czuł, że jego ojciec chrzestny inaczej go traktuje niż wcześniej, można powiedzieć jak 'Harry'ego', a nie jego zmarłego ojca. 
     Black miał już odejść, ale Potter ponownie go zatrzymał.
     — Dziękuje i przepraszam. To się nie powtórzy — dodał, by upewnić huncwota co do jego intencji. Ten już miał odpowiedzieć, kiedy Moody ukazał się na chwilę w progu:
     — Syriusz, zebranie zaraz się zacznie — zawołał i zniknął za drzwiami. Chłopak postanowił powiedzieć co chciał, nie bacząc na odwracającego się po raz kolejny Blacka. Łapa chciał już naprawdę odejść i iść na tą naradę i jak najszybciej zasnąć. Jednak czuł w sercu, że Harry tak łatwo nie odpuści.
     — Nie idź tam. — Odrzekł krótko, a Syriusz ze zdziwieniem z powrotem się odwrócił do chrześniaka. Dlaczego Harry chce, aby nie brał udziału w zebraniu? Miał rację – nie odpuszczał.
     — Coś się stało? — zapytał, wpatrując się w zielone tęczówki przed sobą i starając, by jego własny głos zabrzmiał spokojnie.
     — Głównie po to cię zatrzymałem. Pan Weasley ma rację, odpuść tę naradę i idź odpocząć. Powinieneś... — Jednak nie skończył, bo Syriusz słysząc jego słowa tylko uśmiechnął się i pokręcił głową, natychmiast przerywając mu.
     — Powinienem tam już być i działać. Czuję się dobrze, pomimo, iż wygląd temu przeczy. — Dodał, widząc, że chłopak chciał już protestować, po czym zaczął mówić dalej. — Fakt, od niedawna tylko przelotnie zaglądam do was, bo mam wiele pracy, czemu zaprzeczyć nie mogę. Z resztą wszyscy chodzą niczym bezwładne kukły, którymi kierują nasze intencje o zniszczeniu zła z tego świata. No i dlatego też macie głównie przebywać w swoich pokojach. Tutaj jesteście bezpieczniejsi mimo wszystko. W każdym razie nie martw się o mnie, nie jestem umierający tylko po prostu zmęczony. — Uśmiechnął się i spojrzał w stronę kuchni, gdzie z jednego miejsca Artur Weasley machał, by w końcu przyszedł, wskazując wolne krzesło obok siebie. — A teraz idź na górę. Zaraz po naradzie przyjdę do was.
     Z tymi słowami zostawił chrześniaka w holu, a sam pośpiesznie usiadł obok rudego mężczyzny. Miał dobre wyczucie czasu, ponieważ w tym momencie rozpoczynało się zebranie. Spojrzał tylko jeszcze raz na miejsce, gdzie chwile temu rozmawiał z chrześniakiem, którego już tam nie było. Przestał dopuszczać do siebie już jakiekolwiek myśli, by skupić się na słowach Albusa Dumbledore.
     Starzec miał tego dnia na sobie purpurową szatę, a poza nią nic się nie zmieniło. W dalszym ciągu miał długą, srebrną brodę do pasa i okulary-połówki na nosie. Poprawił się na miejscu tak, aby widzieć twarze wszystkich zebranych, po czym podjął temat. Black w tym momencie zauważył, że nie ma jego przyjaciela, Lunatyka.
     — Witajcie! Cieszę się, że wszyscy jesteśmy w komplecie. No, prawie wszyscy. Remus Lupin powinien niedługo do nas dołączyć. W każdym razie chciałbym, abyście zdali wszystkim relację o waszych poczynaniach — mówiąc to wskazał na pierwszą osobę po jego lewej stronie, czyli Kingsley'a.
     — Albusie, członkowie Zakonu Feniksa, ostatnio, jak mi zlecono, byłem na przeszpiegach w ministerstwie. Otóż dowiedziałem się, że Rufus Scrimgeour, krótko mówiąc, gra dość nieczysto. Ma swojego szpiega, Johna Dawlish'a, który ma śledzić ciebie, Albusie i nasze poczynania. Dowiedziałem się, że planują schwytać śmierciożercę. Jednak nie wiem, przynajmniej na razie, kogo. Jestem jednak wręcz pewny, że chcą, aby społeczeństwo myślało, że ministerstwo działa jak najlepiej, gdzie oczywiście tak nie jest.
     Momentalnie kilka osób zaczęło wyrażać swoje zdanie na ten temat, a na pewno najgłośniej wszyscy, którzy byli zgodni z tym, że minister planuje przekręt ze schwytaniem śmierciożercy. Syriusz jednak wybuchnął śmiechem, a wszyscy momentalnie na niego spojrzeli. Oczywiście Snape, którego nie zabrakło, patrzył na Łape z istną pogardą, jakby myślał, że Black się popisuje.
     — Przepraszam, ale wręcz śmieszy mnie zachowanie ministerstwa! Nie mogę pojąć tego, że zrobią wszystko, WSZYSTKO, aby cały świat magii im uwierzył. Uważam, że nie chcą wzbudzać żadnej paniki, a tak naprawdę zatajają wiele faktów.
     — Co masz na myśli? — zapytał z ciekawością Dumbledore, który przybliżył się bardziej do stołu.
     — Po raz kolejny byłem dzisiaj w domu, gdzie niewinna rodzina została zamordowana. I powiem szczerze – dość naoglądałem się martwych ciał, by sądzić, że ministerstwo wielu informacji nie podaje lub przekręca. Przykładowo, wczoraj byłem w pięciu domach, gdzie zamordowano oczywiście wszystkich. Jedna z tych rodzin to byli Collins'owie...
     — Mówisz o Emily Collins? — przerwał mu Artur Weasley, przyglądając się w niedowierzaniu. Syriusz westchnął, bowiem znał bardzo dobrze Emily. To była w końcu najlepsza przyjaciółka Lily. Sam, widząc jej martwe ciało w salonie, o mało nie stracił przytomności. Myślał, że wyjechała ona na dobre za granicę. Nie wiedział jednak, że po śmierci Potterów wróciła do Anglii.
     — Tak, mówię o Emily i jej rodzinie. Dziś z rana, zaraz przed zadaniem, przechodziłem obok grupki czarodziejów przy Dziurawym kotle i podsłuchałem jak mówili o rodzinie Collins. Byli święcie przekonani, podobno z samego ministerstwa, że Emily dzień wcześniej wraz z rodziną wyjechała, bo podobno "otrzymała bardzo dobrą prace w jakimś departamencie". No więc jak widzicie, ja bym nie ufał ani trochę ministerstwu. Jakby nigdy nic zataili informację o morderstwie jednej ze znanych rodzin.
     — Znanych? — zapytał jeden z obcych dla Syriusza osób. Zmierzył go kątek oka, nie przypominając go sobie wcześniej. Wyglądał na wysokiego posturą i dobrze zbudowanego. Miał brązowe, gęste włosy prawie do ramion i błękitne oczy.
     — A kim ty...
     — Taylor Wert. Jestem od niedawna — odparł, ignorując zaskoczenie Blacka. — W każdym razie, na pewno była znaną osobą? Wybacz, ale ja akurat nie kojarzę.
     Black ponownie zrobił zaskoczony wyraz twarzy, bowiem ciężko było nie znać Em.
     — Emily Collins pochodziła z bardzo bogatej rodziny o czystej krwi. Jej ojciec był znanym aurorem, nazywał się Percival Graves — odparł, powstrzymując się od wywrócenia oczami.
     Taylor przez chwilę się zastanawiał nad tym, co powiedział Black, po czym podniósł palec wskazujący lewej ręki na znak, iż coś mu się przypomniało.
     — Ano tak, Graves! Ten, który pochodził z Ameryki, a jego córka chodziła do Hogwartu?
     — Owszem, ten Graves. — Zwrócił ze znudzeniem wzrok na Albusa. Nie miał ochoty rozpamiętywać o tej pięknej gryfone, o blond włosach i błękitnych oczach, ciągle uśmiechającej się w stronę Lily. Nie spodziewał się jej spotkać, a przynajmniej nie w takich okolicznościach      — Dumbledore, jest coraz więcej morderstw, a ministerstwo nie działa jak należy. Aby temu zapobiec musielibyśmy obstawić ochroną każdy dom w Anglii, co jest oczywiście nie możliwe. Po raz kolejny dzisiaj nie natknąłem się na żadne ślady śmierciożerców, zupełnie na nic.
     Skłamał. Natknął się na jednego przez ułamek sekundy. Jednak Łapa nie miał zamiaru tego wspominać. A kiedy skończył mówić, w tej chwili wszedł do środka jego przyjaciel, Lunatyk. Z daleka było widać, że się śpieszył.
     — Wybaczcie za spóźnienie. Starałem się być jak najszybciej — odparł, oddychając głęboko. Wyczarował sobie krzesło obok Syriusza i ciężko opadł na nie. Nerwowo przetarł spoconą twarz dłonią. Widać, nie tylko Syriusz ma gorszy dzień.
     — Nic się nie stało, Remusie — uśmiechnął się, po czym z powrotem spojrzał na Syriusza. — Ja także znałem pannę Collins. Była wspaniałą czarownicą...
     Lunatyk miał już się odezwać, ale Łapa spojrzał na niego znacząco, mówiąc cicho: ,,Później''. Ten pokiwał lekko głową z zakłopotaniem. Ta informacja z pewnością go zasmuci.
     — ... a jeśli chodzi o ministerstwo to myślę, że Syriusz ma rację. Scrimgeour zataja wiele faktów. Co do Dawlish'a też muszę się zgodzić, więc należy mieć go na uwadze...
     — Albusie — przerwał wypowiedź dyrektora Alastor Moody. — Tak się składa, że ofiara, u której akurat Black nie był, zostawiła pewien ślad. Widocznie śmierciożercy byli pewni, że ją wykończyli, zaklęciem Cruciatus tak sądzę, a w każdym razie byli w błędzie. Byłem tam osobiście wczoraj w południe i zauważyłem, że owa kobieta, która nazywała się Lindsey McKallen, zdążyła się skontaktować z rodziną telefonicznie, dokładnie ze swoją siostrą, Alice Weathers. Z pewnością przekazała jej ważne i cenne dla nas informacje. Jestem właśnie w trakcie ustalenia adresu jej rodziny. Jeśli śmierciożercy dowiedzą się o tym...
     — ... to będą chcieli zabić ją i jej rodzinę — skończył za niego Artur Weasley.
     — W takim razie musimy odnaleźć ich. Wiem Alastorze, że masz wiele pracy w ministerstwie. Znajdziesz kogoś, kto zająłby się tym zadaniem? — zapytał Albus, wertując po kolei każdego członka zakonu. Jednak Moody już wcześniej wybrał osoby do tej misji.
     — Tak się składa, że już jedną dwójkę wypatrzyłem i byłbym rad, gdyby się zgodzili — odparł Moody, poprawiając się na krześle, a dyrektor Hogwartu przyjrzał mu się z zaciekawieniem.
     — O kim mówisz?
     Szalonooki natychmiast spojrzał w stronę Blacka i Lupina.

~***~

     Pomimo wielu protestów Severusa – gdzie nie mogło się odbyć bez złośliwych komentarzy głównie pod nazwiskiem Blacka i oczywiście, jak zazwyczaj, kłótni –  Syriusz i Remus zostali zobowiązani do wykonania zadania, gdy tylko Moody będzie znać adres. Sam dyrektor zgodził się, tym bardziej jak Lunatyk mówił, że "inne" zadanie dla odmiany by mu się przydało.
     Reszta narady trwała do późnego wieczora, więc Syriusz stwierdził, że nie będzie budzić chrześniaka, który z pewnością już spał. Jednak chciał na chwilę do niego zajrzeć, bo co jak co, ale trochę wątpił, by nie czekał na koniec zebrania. Przynajmniej pamiętał jak jego ojciec, James, w sprawach ważnych potrafił nie zmrużyć oka przez całą noc, a najwyraźniej dla Harry'ego rozmowa z Syriuszem była ważna.
     Wcześniej pożegnał wszystkich członków, którzy wracali do swoich domów. Kątem oka Black zauważył, że Snape zawzięcie rozmawia z Dumbledorem. Widocznie Severus nie był zachwycony słowami dyrektora, ponieważ jak poparzony opuścił dom, a zaraz po nim drugi rozmówca, ukazując szczery uśmiech w stronę Łapy. Po kilku minutach on, Remus i Artur zostali sami w kuchni.
     — No więc co z Emily? — zapytał prawie natychmiast Lupin ze zdenerwowaniem. Black westchnął i spojrzał smutno na Artura, który zrobił wszystkim po kubku herbaty.
     — Wczoraj odnalazłem jej ciało. Okazało się, że po śmierci Lily i Jamesa wprowadzili się do Anglii. Leżała obok jakiegoś mężczyzny, który z pewnością był jej mężem, a na górze znalazłem ciało jej syna — powiedział cicho, patrząc ze współczuciem na Remusa. On i Emily byli ze sobą blisko, ale tylko i wyłącznie jako przyjaciele. Skłamałby mówiąc, że nie będzie przeżywać jej śmierci. Syriusz też zapewne by był w tym samym stanie, ale jednak on nie był tak blisko z Collins. Wiedział doskonale, co to znaczy przeżywać śmierć przyjaciół, bo każdego dnia to robił.
     W skrócie Artur i Syriusz streścili Remusowi część, na której nie był obecny. Black zaraz po tym wstał i objął bratersko Lunatyka, po czym opuścił ich, mówiąc, że chce zajrzeć jeszcze do Harry'ego.
     Wszedł w półmroku schodami na górę, zastanawiając się, dlaczego Emily nie dała żadnego znaku życia. W końcu wiedziała, że Remus jest w Londynie, a mimo to przez tyle lat się z nim nie skontaktowała. Syriusz po raz kolejny, wręcz monotonie, powtórzył zdanie, które stawało się powoli jego mantrą: ,,Tyle pytań, a żadnej odpowiedzi...''
     Kiedy ustał pod drzwiami pokoju, w którym spali chłopcy, uchylił je i zajrzał do środka. Ronald Weasley wyraźnie chrapał, więc nie było żadnych wątpliwości, że spał. Przeniósł wzrok na chrześniaka, który dziwnie cicho leżał. Gdy podszedł, ten uniósł głowę nad poduszkę. No tak, czekał na koniec narady.
     Syriusz gestem ręki przywołał go z łóżka i wyszli razem w ciszy na korytarz po czym udali się do pokoju Łapy. Gdy zapalił światło, oczom Pottera ukazał się widok ścian oblepionych plakatami motocykli, mugolskich dziewczyn oraz wiele innych zdjęć, nawiązujących do domu Godryka Gryffindora. Wśród całego zgiełku na ścianach, zauważył starą fotografię, na której uśmiechało się szeroko czterech huncwotów.
     — Nie pytaj mnie, z której klasy to zdjęcie. Zgaduję, że siódma, choć mogę się mylić — odrzekł Syriusz, siadając na łóżko, a po chwili Harry usiadł obok niego. Nie mógł przestać patrzyć na wystrój pokoju Syriusza.
     — Jak ci mówiłem wcześniej jestem tak zwanym zdrajcą krwi w rodzinie Blacków. Uprzykrzali mi życie, dosłownie. Jednak ja nie pozostałem im dłużny. Już jako dwunastolatek obkleiłem pokój. Tylko w ten sposób można było tu wytrzymać — zaśmiał się, spoglądając na wszystkie strony. Źle wspominał czasy spędzone na Grimmlaud Place, ale jednak momentami mógł szczerze sobie gratulować zirytowania swojej 'rodziny'.
     — Syriuszu, przepraszam — zaczął Harry, ukazując troskę na twarzy. — Po prostu martwię się o ciebie. Nie będę kłamać, ale źle wyglądasz.
     — Wiedziałem, że przestraszyłeś się mojego wyglądu! — zawołał, po czym oboje wybuchnęli śmiechem. Harry nie mógł zaprzeczyć, że tylko samą osobą Syriusza się wystraszył, bo jednak jego twarz też zrobiła swoje.
     Gryfon postanowił, że nie będzie zatajać, gdzie był razem z Ronem i Hermioną w południe, więc po chwili wszystko opowiedział Łapie ze szczegółami, począwszy od wizyty u madame Malkin, a kończąc na ich spotkaniu w sklepie u Weasley'ów. Syriusz nie krył zaskoczenia co do podejrzeń Draco, który według Harry'ego miał mroczny znak. Jednak jego zainteresowanie nieznanym przedmiotem u Borgina & Burkesa go zaintrygowało. Momentalnie przypomniała mu się podsłuchana rozmowa w Dziurawym kotle. Młodzi czarodzieje z pewnością dobrze usłyszeli co mówił Malfoy, jednak żałował, że nie wiedzieli o czym. Westchnął cicho wiedząc, że nie może pisnąć ani słowem Harry'emu. Bardzo chciał się podzielić z nim podejrzeniami co do Draco, jednak nie mógł tego zrobić. Złożył wieczystą przysięgę Dumbledore'owi i musiał dotrzymać danego słowa.
     — Myślę, że Zakon powinien się dowiedzieć o tym. Porozmawiam o tym z Dumbledorem — obiecał, ukazując pocieszający, a zarazem przepraszający uśmiech w stronę chrześniaka.
     — Mam prośbę — zaczął, a Black kiwnięciem głowy zachęcił go, by mówił. — Mógłbyś poprosić pana Weasley'a, aby przeszukali dom Malfoy'ów?
     — Jasne, jednak wiedz, że już to niedawno zrobili i nic nie odnaleźli...
     — Coś mogli przeoczyć. Tak myślę — przerwał mu zdeterminowany chłopak. Black uśmiechnął się szeroko; był równie uparty jak James, choć czy Lily taka nie była?
     Przez chwilę siedzieli w ciszy. Oboje wiedzieli, że znów mogą się jutro nie zobaczyć. Harry postanowił więc wykorzystać czas, który aktualnie posiadał. Zaczęli więc rozmawiać dosłownie o wszystkim. O gadżetach Freda i Georga, ostatnich dniach, także tych spędzonych w Norze oraz o listach, które otrzymał od Łapy. Chętnie wspominali ich treści. Jego ojciec, James, ujął w pewnym liście temat o Quidditchu. I wtedy, przypomniało się Harry'emu nagle coś, o czym zapomniał powiedzieć ojcu chrzestnemu na urodzinach.
     — Prawie bym zapomniał! — zaczął, śmiejąc się. — Pokazałem ci wyniki SUM'ów, ale to nie było wszystko. Zostałem kapitanem drużyny quidditcha! — zawołał, a Syriusz wydał cichy okrzyk radości, by nie obudzić innych.
     — Gratuluję! James został nim w siódmej klasie. Na pewno będziesz tak samo świetny jak on. Ba, lepszy! — zaśmiał się, podchodząc do swojego starego kufra. Wyciągnął z niego stary znicz, który był owinięty w szal gryfonów.
     — Zatrzymaj go — odparł, podając mu do dłoni trzepoczącą, złotą piłeczkę. Harry wytrzeszczył oczy.
     — Skąd ją...
     — Oh, James zwinął go w czwartej klasie dla Lily, ale ona go nie chciała, więc twój ojciec dał go mnie. No i oczywiście ja przekazuję go tobie — odparł z uśmiechem, zamykając wieko kufra. — Już późno. Lepiej wróć do łóżka, bo jeszcze Molly dostanie zawału jak cię w nim nie zobaczy! — zaśmiał się, podchodząc do wstającego chłopaka.
     — Ty też masz się porządnie wyspać! I przywrócić twarz do porządku — zaśmiał się na widok unoszących się ku górze brwi Syriusza. — A tak w ogóle, to jak to się stało? — zapytał z zaciekawieniem. Łapa westchnął, przypominając sobie jak rano w domu zamordowanej rodziny zaatakował go niespodziewanie śmierciożerca, który był jeszcze na miejscu. Za pomocą różdżki rzucił w jego twarz dwa wazony i uderzył pięścią zaskoczonego Blacka, powalając go momentalnie na podłogę. Nim wstał i się zorientował, Glizdogon teleportował się.
     — Właściciele mieli niezaufanego psa, który rzucił się na obcą osobę — odparł i uśmiechnął się w fałszywym rozbawieniu. I kolejne kłamstwo. Po co wspominać o tym zacnym, zdradliwym huncwocie?
     Gdy chrześniak pożegnał się z Syriuszem i wrócił do swojego pokoju, ten momentalnie ściągnął maskę silnego Blacka, a przybrał pełną bólu i słabości.

Dla wszystkich, którzy kiedykolwiek zostali zranieni...
---------------------------------------------------------------------------------
PS Jestem właśnie w trakcie epizodu 3. projektu "Siedem Aniołów. Laudato Si"! Najpiękniejszy czas ever - polecam wszystkim! ❤

4 komentarze:

  1. No! Wreszcie rozdział!
    Jest super. Nie zawiodłam się! I jeszcze ten tytuł rozdziału..."Początek końca". Będę czekać z niecierpliwością na kolejny rozdział!
    Pozdrawiam, i życzę mnóstwo weny
    ~AnesBlack

    OdpowiedzUsuń
  2. A, i jeszcze jedno: u mnie rozdział już jest :)
    http://roseskylarriddle.blogspot.com/2016/04/rozdzia-dziewiaty-lord-voldemort.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetne!! Zapraszam do mnie :) http://zagubiona02.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń